Pruderia - zahamowanie, fałszywy wstyd. .
- Czy ja coś mówię? - przerwała mu znów Janeczka z zimną wściekłością. - Wszyscy wyglądamy jak nie powiem co. Czy Chaber coś mówi? A kto tu w końcu ma największe zasługi? I w dodatku do domu musimy się dostać na piechotę, bo Rafał też przepadł. Możemy autobusem, ale chyba na gapę, bo bilety akurat miał przy sobie Pawełek. I nawet nie wzięłam portmonetki.. Niebawem podążą tu za mną. Gubernator Buenos-Aires zabrał mi. - No dobra, nie wiem, ale nie musisz mi jeszcze bardziej dokładać. - I opowiedział mu o bladym chłopcu, którego poznał u madame Malkin.. Dawniejsze sprawy, z powodu których sen rzeźbiarza i jego płaskorzeźba stały się kwestią tak wielkiej wagi dla mego wuja, są tematem drugiej części obszernego manuskryptu. Okazuje się, że niegdyś profesor Angell ujrzał piekielne zarysy niesamowitego potwora, głowiąc się nad jakimiś nieznanymi hieroglifami, i usłyszał złowieszcze sylaby, które można było odtworzyć tylko jako "Cthulhu"; a wszystko w tak pełnym zamętu i strasznym powiązaniu, że trudno się dziwić, iż molestował młodego Wilcoxa pytaniami i domagał się szczegółowych danych. To wcześniejsze zdarzenie miało miejsce w 1908 roku, siedemnaście lat temu, podczas dorocznego zebrania Stowarzyszenia Amerykańskich Archeologów w St. Louis. Profesor Angell, stosownie do swego autorytetu i osiągnięć naukowych, spełniał czołową rolę we wszystkich rozważaniach, był też jednym z pierwszych, do którego zgłosiło się kilka osób spoza stałego grona, jako do wybitnego przedstawiciela tego zebrania, z prośbą o prawidłową odpowiedź na ich pytania i fachowe rozwiązanie nurtujących ich problemów. Głównym przedstawicielem grona outsiderów, który zresztą wkrótce stał się centralnym obiektem zainteresowania całego zgromadzenia, był mężczyzna w średnim wieku, o dość pospolitym wyglądzie, który przyjechał aż z Nowego Orleanu, aby zdobyć pewne informacje, raczej szczególnej natury, nieosiągalne w żadnym z lokalnych źródeł. Nazywał się John Raymond Legrasse i był inspektorem policji. Przywiózł ze sobą przedmiot będący celem tej wizyty, groteskową, budzącą odrazę i niewątpliwie bardzo starą kamienną statuetkę, której pochodzenia nie był w stanie ustalić. Trudno przypuszczać, aby inspektor Legrasse interesował się choćby w najmniejszym stopniu archeologią. Wręcz przeciwnie, jego pragnienie, aby wyjaśnić tę zagadkę, miało charakter czysto profesjonalny. Statuetka, bożek, fetysz, cokolwiek to było, została znaleziona kilka miesięcy temu w lasach rosnących na moczarach na południe od Nowego Orleanu podczas obławy na czarnoksiężników, którzy mieli odbywać tam swoje zgromadzenia; tak niezwykłe i tak niesamowite były obrzędy związane z tą statuetką, że policja nie miała wątpliwości, iż natknęła się na jakiś tajemniczy kult, zupełnie nieznany i o wiele bardziej szatański niż wszelkie znane dotąd, najbardziej mroczne kulty czarnoksiężników afrykańskich. O jej pochodzeniu, poza chaotycznymi i wprost niewiarygodnymi opowieściami, jakie z trudem wydobyto od schwytanych członków zgromadzenia, nie dowiedziano się absolutnie niczego; stąd usilne dążenie policji, aby nauka o starożytności pomogła zidentyfikować ten przerażający symbol i przyczynić się do wyśledzenia kultu aż po samo jego źródło. Inspektor Legrasse nie spodziewał się, że statuetka wywoła aż taką sensację. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby wszyscy zebrani tam ludzie nauki popadli w stan euforycznego podniecenia; stłoczyli się wokół niego, by przyjrzeć się maleńkiej statuetce, której niepojęta osobliwość i autentyczny powiew najbardziej odległej starożytności otwierały zupełnie nieznane możliwości. Żadna ze sławnych szkół rzeźbiarskich nie potrafiła rzucić światła na ten niesamowity przedmiot, a jednak na jego zielonkawej powierzchni z nieznanego kamienia były wyryte ślady setek, a nawet tysięcy lat. Figurka która zaczęła przechodzić z rąk do rąk dla dokładniejszych oględzin, miała około siedmiu a nawet ośmiu cali wysokości i została wykonana w sposób mistrzowski i wysoce artystyczny. Przedstawiała potwora o niewyraźnych antropoidalnych kształtach, głowie ośmiornicy i twarzy pełnej macek, tułowiu gąbczastym i pokrytym łuskami, ogromnych szponach na przednich i tylnych łapach i długich, wąskich skrzydłach z tyłu. Zdawała się zionąć przerażającą i jakąś nienaturalną złośliwością, była jakby trochę wypukła i korpulentna i osadzona na kwadratowym bloku albo postumencie pokrytym nieczytelnymi znakami. Końce skrzydeł dotykały tylnego brzegu podstawy, podczas gdy długie, zakrzywione szpony skrzyżowanych i podkurczonych zadnich nóg obejmowały brzeg od przodu i sięgały jedną czwartą długości pod spód podstawy. Głowa wyrastająca jakby z nóg była pochylona do przodu, tak że koniuszki czułek na twarzy ocierały się o wielkie przednie szpony obejmujące podkurczone i uniesione kolana. Statuetka wyglądała jak żywa i tym bardziej budziła lęk, że jej pochodzenie było tak całkowicie nieznane. Nie ulegało wątpliwości, że jej wiek był nieogarniony; nawet w najdrobniejszym szczególe nie wykazywała związku z żadnym rodzajem sztuki przynależnym do młodej cywilizacji - a właściwie do żadnej cywilizacji znanej na tym świecie. W tej całkowitej odrębności i wyizolowaniu nawet tworzywo, z którego została wykonana, było tajemnicze, ponieważ miękki, zielonoczarny kamień ze złocistymi i opalizującymi cętkami i prążkami nie przypominał żadnego znanego w geologii czy mineralogii kamienia. Znaki na podstawie były równie zaskakujące i nie do odczytania; nikt spośród obecnych, choć zgromadziła się reprezentacja ekspertów w tej dziedzinie z połowy świata, nie potrafił znaleźć choćby najmniejszego podobieństwa do jakichkolwiek znanych im nawet najstarszych języków. Znaki te, podobnie jak sama statuetka i materiał z którego została wykonana, przynależały do jakichś bardzo odległych czasów, nieznanych rodzajowi ludzkiemu; sugerowały, napełniając grozą, ogromnie dawne i bezbożne życie, w którym nasz świat i nasze wyobrażenia nie mają żadnego udziału. A jednak, kiedy członkowie tego zgromadzenia potrząsali głowami jeden po drugim i przyznawali zgodnie, że nie potrafią rozwikłać problemu inspektora, znalazł się ktoś, komu wydawało się, że chyba wie co nieco o tej przerażającej statuetce i piśmie na postumencie, po czym z pewnym onieśmieleniem opowiedział dziwną historię. Był to William Channing Webb, profesor antropologii w Princeton University, badacz naukowy raczej mało znany. Profesor Webb został zaangażowany czterdzieści osiem lat temu jako członek wyprawy badawczej do Grenlandii i Islandii w poszukiwaniu pewnych napisów runicznych, których jednak nie udało mu się znaleźć; a daleko na zachodnim brzegu Grenlandii natknął się na niezwykłe plemię czy też kult zdegenerowanych Eskimosów, odprawiających dziwne obrzędy ku czci szatana, a już szczególnie zmroziła go ich pełna premedytacji i odrażająca żądza krwi. Była to religia, o której inni Eskimosi raczej mało wiedzieli, a na którą reagowali jedynie wzruszeniem ramion mówiąc, że pochodzi z okresu bardzo dawnych eonów, jeszcze przed stworzeniem świata. Oprócz potwornych obrzędów i ofiar składanych z ludzi odprawiali jakieś niesamowite, odziedziczone po przodkach rytuały, przeznaczone dla nadrzędnego, starszego diabła albo tornasuka; z tych rytuałów profesor Webb sporządził fonetyczny zapis słuchając wiekowego angekoka albo duchownego-czarownika, odtworzywszy te dźwięki za pomocą rzymskich liter w miarę możliwości jak najdokładniej. Teraz jednak największe znaczenie miał bożek, którego w tym kulcie otaczano czcią i wokół którego wykonywano tańce, gdy zorza polarna wznosiła się wysoko nad okryte lodem urwiska skalne. Była to, jak stwierdził profesor, bardzo prymitywnie wykonana kamienna płaskorzeźba, a na niej szkaradny obraz i jakieś tajemnicze pismo. Zgodnie z tym, co zapamiętał, przypominała w ogólnych zarysach tego właśnie leżącego teraz przed zebranymi potwora. Powyższe dane, przyjęte przez zebranych z największym zdumieniem i powątpiewaniem, wzbudziły jeszcze wieksze zainteresowanie inspektora Legrasse; zasypał profesora pytaniami. Mając zanotowany i przepisany tekst rytuału czarowników na moczarach, których jego ludzie aresztowali, zwrócił się z prośbą do profesora, aby przypomniał sobie możliwie najdokładniej sylaby, jakie zapisał wśród diabolicznych Eskimosów. Nastąpiły teraz wyczerpujące porównania szczegółów, po czym zapanował moment naprawdę przerażającej ciszy, kiedy zarówno detektyw jak i naukowiec ustalili identyczną zgodność frazy obu diabelskich rytuałów odległych od siebie o taki szmat świata. To, co w istocie zarówno eskimoscy czarownicy, jak i kapłani na moczarach w Luizjanie śpiewali maleńkim bożkom, tak się mniej więcej przedstawiało - poszczególne słowa można było odgadnąć na podstawie przerw ustalonych tradycyjnym zwyczajem w śpiewanej frazie:. Jakże beztrosko zapowiadał się dzień, kiedy - jeszcze kilka godzin temu - młody turysta kończył spokojnie śniadanie w schronisku na Hali Gąsienicowej i zbierał się do wymarszu. "Pogoda cudowna - myślał - wyjdę na Granaty i Orlą Percią przejdę na Krzyżne. Kierownik schroniska wspominał wprawdzie, że na tym odcinku znaki są dawno nie odmalowywane i niektóre już się prawie zatarły, ale cóż z tego? Dam sobie radę. Byłem już przecie na Giewoncie, Czerwonych Wierchach, a nawet - co prawda z przewodnikiem - na Zawracie i Kozim Wierchu! Zatarte znaki? Ależ musi tam być chyba jakaś wydeptana ścieżka, a w taką pogodę będzie ją widać z daleka". ((1)) Przy wyjściu ze schroniska moment zastanowienia: ktoś tam kiedyś mówił, że ciepły sweter i wiatrówkę trzeba ze sobą zabierać nawet w najpiękniejszą pogodę. Nonsens! Zawracanie głowy. W każdym razie nie w t a k ą pogodę - w słoneczny, upalny dzień bez jednej chmurki. Szorty, koszulka z krótkimi rękawami i trampki na nogach wystarczą w zupełności. No - dziesiąta godzina! Czas iść w drogę. Na wierzchołku Granatów długo wygrzewał się w słońcu, zadowolony z wycieczki i z samego siebie. Straszono go trudnościami drogi - tymczasem przebył ją z łatwością, bez żadnego wysiłku. Kilka klamer - cóż to za przeszkoda dla dobrze wygimnastykowanego młodzieńca? Dalszy szlak z pewnością nie będzie trudniejszy. Gdzieś na horyzoncie pojawiły się chmury. Głupstwo takie sobie niewinne, białe chmurki. Zdziwił się trochę, gdy usłyszał, że jeden z odpoczywających na szczycie turystów nakłaniał swych towarzyszy, by już rozpocząć zejście do schroniska. Przecież jest zaledwie pierwsza - do wieczora jeszcze tyle czasu. Przypomniał sobie czyjeś tam wywody, że na wycieczki należy wyruszać wcześnie i wcześnie wracać do schroniska, bo rano pogoda najpewniejsza, a w południe często się psuje. Skrzywił się pogardliwie. Taka "murowana" pogoda nie może się zepsuć! Zejście na Granacką Przełęcz i trawers w poprzek Orlej Baszty i Buczynowych Czub nie sprawiły mu również trudności. Był zręczny, niewrażliwy na przepaście, posuwał się więc lekko i dość szybko. Klamry i łańcuchy wyznaczały drogę. Znaki gdzieniegdzie były wyraźne, w niektórych miejscach rzeczywiście zatarte. Ani zauważył, gdy z południowego zachodu nadciągnęły ciężkie burzowe chmury. Gdy perć wywiodła go z powrotem na krawędź grani, był zaskoczony, znalazłszy się w gęstej, nieprzeniknionej mgle. Wśród coraz silniejszych grzmotów i pierwszych kropel deszczu szedł dalej, widząc przed sobą tylko kilkanaście najbliższych metrów ścieżki. Burza rozpoczęła się na dobre. Z nieba lały się teraz całe strugi deszczu. Huk piorunów przewalał się po pustych kotłach górskich - zanim przebrzmiało echo jednego, już następny wybuchał z nową gwałtownością. Doszczętnie zmoknięty turysta schronił się pod nieco nachylony okap głazu. Dygotał febrycznie, szczękał zębami, wstydząc się przed. samym sobą przyznać, ile by teraz dał za ciepły wełniany sweter i wiatrówkę, które leżały bezużytecznie w jego plecaku na Hali Gąsienicowej. Prowizoryczne schronienie kiepsko zabezpieczało przed deszczem, a już wcale przed wiatrem i zimnem. Burza jednak długo trwać nie może. Postanowił przeczekać. Istotnie burza po jakimś czasie minęła, ale pozostała mgła i przenikliwie zimny, drobny deszczyk. Próbował doczekać się rozjaśnienia. Na próżno. Było już po czwartej - prawie ostatnia chwila, by zdążyć do schroniska - a sytuacja nie ulegała zmianie. Wyruszył w dalszą drogę, już choćby dlatego, by się trochę rozgrzać. Jakże inaczej przedstawiał się obecnie jego pochód. Sztywne, zmarznięte ciało straciło dotychczasową zwinność, poruszało się opornie, niezgrabnie. Gumowe podeszwy trampek ślizgały się po ociekającej wodą skale. W przejściach, w których musiał sobie pomagać rękami, czynił to z najwyższym trudem, czując, że traci władzę nad marznącymi palcami. Turysta począł również coraz silniej odczuwać głód. Jedzenia ze sobą nie wziął, a śniadanie na Hali i kilka cukierków na szczycie Granatów dawno już poszło w zapomnienie. Za głodem i zimnem przyszło zmęczenie - coraz częściej poczynało brakować mu oddechu. W pewnej chwili spostrzegł, że nie znajduje się na właściwym szlaku. Niewyraźna ścieżyna; którą szedł dotąd, okazała się kozią percią gubiącą się powyżej w stromych skałach. Nie widniały na nich ani malowane olejną farbą znaki, ani łańcuchy czy klamry. Rozejrzał się. W poprzek trawiastego stoku biegło kilka smug, przypominających we mgle ścieżki. Schodził ku nim, próbował się posuwać, wracał z powrotem w górę - za każdym razem przekonywał się o swej omyłce. Znajdował się prawdopodobnie w pobliżu Przełęczy Nowickiego lub na stokach Wielkiej Buczynowej Turni, opadających ku Dolinie Buczynowej, ale ani o tym wiedział, ani go interesowało, gdzie jest. Wiedział tylko, że musi odnaleźć Orlą Perć, dojść nią na Krzyżne i zejść przez Dolinę Pańszczycką na Halę Gąsienicową. Odnaleźć Orlą Perć, którą nie wiedzieć kiedy zgubił? O to właśnie chodziło! Turystę poczyna ogarniać niepokój, a potem paniczny lęk. Kręci się już dość długo na tej samej niewielkiej przestrzeni, a ścieżki ani śladu. I znowu przypomina mu się czyjaś rada, że w podobnej sytuacji należy powrócić do miejsca, w którym po raz ostatni widziało się wyraźny znak, i stamtąd spokojnie poszukać następnego znaku. Dobra rada. Gdzie to on widział ostatni znak? Wysoko, jeszcze na grani, blisko pół godziny temu. Wracać w górę taki kawał i zaczynać od nowa? Nie miałby już chyba sił. Całą energię koncentruje po to, by iść naprzód, być coraz bliżej schroniska. A zresztą czy uda się trafić z powrotem w tej przeklętej mgle? Trzeba iść w kierunku Krzyżnego - gdzieś tam znajdzie się przecież ścieżkę. Albo też może próbować zejść wprost w dół? Trawersuje jakieś żleby, kominki, majaczące we mgle skalne żebra. Przemarznięcie, zmęczenie i głód wywołuje w nim jakby odrętwienie i zobojętnienie na sytuację. W mózgu zjawia się myśl: a może zostać tu i krzyczeć o pomoc? Ale cóż - do zmroku już tylko godzina lub dwie. Nikogo w górach o tej porze i w taką pogodę nie ma. Trzeba teraz zaczekać do rana, a jutro albo pogoda się poprawi, albo ktoś wezwie Tatrzańskie Pogotowie - choćby kierownik schroniska, zaniepokojony tym, że turysta nie powrócił na noc. Na myśl o biwaku przypływa znów fala panicznego strachu. Siedzieć tu całą noc - zmoknięty, bez jedzenia i ciepłego ubrania? Za nic! To byłoby nie do wytrzymania. Iść! Gdziekolwiek, w górę lub w dół. Ogarnięty lękiem umysł nie funkcjonuje już sprawnie, nie ocenia trafnie sytuacji, nie wyciąga z niej trzeźwych, spokojnych wniosków. Iść choćby całą noc, byle wyrwać się z tej pułapki! Żeby tylko mgła rozstąpiła się choć na chwilę. Mgła, jak gdyby spełniając to życzenie, poczęła kłębić się, odsłaniając coraz dalsze żleby i grzędy. Kilka silniejszych podmuchów wiatru na chwilę rozpędziło chmury i w dole zamajaczyły piargi Doliny Buczynowej. Turyście wyrwał się mimo woli okrzyk radości. Stał na trawiastym stoku, który pozornie zbiegał na sam dół. Wydało mu się, że pół godziny, może godzina zejścia sprowadzi go na dno doliny, w której prędzej czy później musiałby trafić na ścieżkę do schroniska. Niedoświadczony, zaślepiony strachem nie zdawał sobie sprawy, że widzi tylko górną, łagodną część stoku, który ku piargom obrywa się stumetrowym pionowym urwiskiem. Nie uświadamiał sobie również, że dotychczasowa jego sytuacja nie była w gruncie rzeczy tak groźna, jak sądził. Miał przecież do wyboru: wrócić na grań do ostatniego widzianego znaku i uważnie poszukać następnego lub - powrócić przez Granaty do schroniska. W najgorszym razie mógł wyszukać wygodne, osłonięte od wiatru miejsce i przetrwać jakoś do rana, a następnego dnia doczekałby się z pewnością pomocy. Dopiero teraz właśnie, zstępując trawiastym zboczem, szedł w nieuchronny potrzask, zbliżał się ku własnej śmierci jak ćma pędząca do światła. Nie zastanawia go, że ten "łagodny stok" jest stromy, coraz stromszy, że chwilami musi sobie pomagać rękami. Zatrzymuje go jakaś niewysoka ścianka. To nic. Widać, że dalej są możliwości zejścia. Ześliznął się kilka metrów. Znów jakiś czas teren był łatwy i znów jakieś ścianki, żleby, rynny, kominki. Ale chyba dno doliny jest niedaleko. Przecież schodzi tak długo. O! Te trawy poniżej to pewnie już w dolinie. Nie, to wielka trawiasta platforma, a poniżej?... Urywa się jakoś bardzo pionowo. Nie wiadomo, jak tam głęboko, bo mgła znowu wszystko zakrywa. Nie przyszło mu na myśl rzucić kamień, by przekonać się, jak długo leci. Z pewnością to znów jakiś niewysoki próg. Kilka metrów niżej widać małą trawiastą platforemkę... Jakoś strasznie tu stromo i krucho. Turysta już kilkakrotnie obsunął się dość niebezpiecznie. To noga mu się ześliznęła, to chwyt się oberwał - za każdym razem jednak zdołał się utrzymać i oto już stoi na owej maleńkiej platforemce. Ale co dalej? Wygląda bardzo groźnie, choć niewiele widać w tej mgle... Więc wracać? - Oznaczałoby to powrót do poprzedniej sytuacji pełnej niepewności i lęku. A zresztą, czy będzie w stanie pokonać w górę dopiero co przebyte trudności? Czekać, wołać o pomoc? Ależ tu zaledwie da się ustać czy usiąść, tak ciasno i stromo. Zostaje tylko droga w dół. Ta ścianka nie będzie miała więcej niż poprzednie. Nawet jeśli się z niej zsunie - nic mu nie będzie. Dolina musi być całkiem blisko - to już z pewnością ostatnia przeszkoda. Tu trochę niżej platforemki są dobre chwyty, na nogi też się tam pewnie znajdzie jakiś stopień. Zakończenie znamy... - Gdy zawisł na chwytach nad próżnią, której głębię raczej odczuwał, niż umiał ocenić - zrozumiał, że opuszczając platforemkę utracił ostatnią szansę życia, że jest zgubiony bez ratunku....
Partners
Kategorie
Losowe:
- .
- około trupa, krzykn±ł już od drzwi: .
- w 1943 roku pod Kurskiem. .
- był na przykład lokal, gdzie panowała całkowita ciemność i gdzie wpuszczano .
- Był szczęśliwy. . . .
- - A, Rossman. - Himmler zasiadł za biurkiem. - Miał pan nocną zmianę i wybiera się pan do domu? - Tak, Reichsfuhrer. .
- Skąd się tam wzięła? Nigdy tego nie wyjaśniono. Czy mógł to być sabotaż? Bez wątpienia. Jednakże major Pitman mógł lecieć dalej, zwiększając wysokość i korzystając z asekuracji innego, sprawnego śmigłowca. On jednak nie wiedział, że jeden śmigłowiec już odpadł i, na wszelki wypa- .
- - Bohaterowie nie zadajÄ… siÄ™ z takimi szumowinami jak Giordano. .
- - Co bubek nagada na bubka, to ty... by cię szlag trafił! - Uważam, że każdy szczegół jest ważny. .
- cow i jego koledzy z NKWD działający w Teheranie spełnili swoje zada- .